Czwartek, 22.04

Wczoraj miałam wrócić, nie zdążyłam. Dzień pt. co będzie jak w końcu nie wydolę, oby nigdy więcej takich. Biurokracja i finanse to coś co odbiera mi lata życia, jedno tylko pociesza, że robię to dla tych małych kosmitów.

Tylko czasem opadam z sił -wczoraj umarła Księżniczka, a dała mi tyle nadziei rano, kiedy przeżyła noc. Wieczorem dzień wcześniej, jak przyszłam karmić, wyglądała jakby już nie żyła. Zimna, karma w wolu zalegała od ostatniego karmienia, oczy nieprzytomne. Zachłyśniecie??? Oczyściłam dziób i nos, odessałam mieszankę z wola, ogrzałam, wymasowałam,  nawodniłam, dałam leki, oprzytomniała troszkę, zapewniłam ciepło, nic więcej nie dało się zrobić. Zostawiłam ją bez nadziei, że rano zastanę żywą, a jednak, jak rano przyszłam prosiła mnie o jedzenie, wole opróżnione, przytomna. Nakarmiłam, wypytałam Asię o wczoraj, próbowałyśmy ustalić co się stało, jak ona ją widziała ostatni raz wyglądała dobrze, dałam jej wskazówki co robić i pojechałam walczyć ze światem o nasze przetrwanie. Jak wróciłam poszłam sprawdzić co z nią. Nie żyła. Biedny miękki ptaszek, miała rozległe rany na grzbiecie i straszną krzywicę, już udało się ją poprawić, długo będę myśleć co się wydarzyło, że nastąpił taki zwrot, wszystko szło dobrze i nagle trach. Ta młoda sierpówka przyjechała aż spod Warszawy. Małgosia, lekarz weterynarii, która ją przysłała też bardzo się związała z tym małym stworkiem, wyraźnie miała w sobie coś. Tam już włożyli w nią mnóstwo energii i pracy, u nas miała dojść do siebie i polecieć:( I wszystko szło dobrze, wydawała się coraz silniejsza. Na nic mi wszystkie moje teorie, kiedy zwierzę nie żyje. Niestety z tymi najsłabszymi często wiążę się najbardziej, takie są konsekwencje bliskiego kontaktu, a kiedy ptak wymaga specjalnej opieki, częstego karmienia, zabiegów, podawania leków to kontakt jest większy. Wtedy widać wszystkie jego indywidualne cechy jeszcze bardziej, dobrze poznajesz charakter, specjalne zachowania, charakterystyczne cechy, ulubione ziarna, głos….to wszystko zostaje w głowie i wraca.

Ale jak zwykle, trzeba wstać i myśleć o tych, które żyją.

Dziś musimy skończyć wolierę dla krukowatych, w końcu będą miały przestrzeń i swoje drzewo. Jabłonka rośnie na środku woliery, którą uszczelniamy i urządzamy już od dwóch tygodni, uff. A jak  chłopaki pokryli ją gęstą stalową siatką, którą wkopali w ziemię naokoło, wydawało się, że już gotowe. Niestety diabeł tkwi w szczegółach: szpary przy drzwiach, brak śluzy, stara, drobna siatka w środku porwana, trzeba usunąć, ale w związku z tym jakoś zabezpieczyć, żeby nie przechodziły pomiędzy dwie warstwy siatki zewnętrznej itd. Jeszcze domek do zainstalowania, bo już praktycznie gotowy, tylko trzeba go wkopać i pokryć czymś dach. Mamy jeszcze kawałek blachy, który został po szpitalnym dachu, akurat będzie pasował, tylko wymaga precyzyjnej obróbki, żeby się żadne ptaszysko nie skaleczyło o krawędź, to wszystko niestety zabiera mnóstwo czasu.

A o 11.00 umówiona jestem z Michałem na obgadanie hodowli mącznika, chcemy się uniezależnić od dostaw z zewnątrz, bo kosztują koszmarne pieniądze (około 2 tys. miesięcznie), problem w tym, że jeśli się zdecydujemy sami hodować owady musimy uzyskać 20 l tygodniowo, bo takie mamy zapotrzebowanie. To bardzo dużo, mamy właśnie dziś przemyśleć jakie będą koszty i nakład pracy, bo to w końcu tez koszt, jak i gdzie urządzić miejsce na to wielkie zamieszanie. W międzyczasie pewnie przywiozą nam kolejnych pacjentów, a jeszcze zabiegi dziś do zrobienia. Pędzę, koniec siedzenia.

Zobacz podobne wpisy
Scroll to top
Skip to content